Pierwszy przelot – poradnik dla początkujących
Jeśli przyswoiliśmy sobie jako-tako sztukę aktywnego latania, to możemy się pokusić o pierwszy przelot. W końcu pilot to osobnik przemieszczający się droga powietrzna w poziomie. W pionie to i winda jeździ. W tym celu musimy się odpowiednio przygotować. Najpierw kompletujemy sprzęt. Niezbędne minimum to:
a. paralotnia
b. uprząż
c. zapas
d. vario
e. karabinki (2 szt.)
f. kask
g. pilot
Bez tych rzeczy przelotu zrobić się nie da. Malkontentom chcącym przytaczać przykłady lotów bez varia od razu wyjaśniam: przelot z jednego komina to żaden przelot. Musimy się przecież czymś różnić od zabranej przez wiatr reklamówki.
Poza owym niezbędnym minimum nie zawadzi włożyć na siebie: kombinezon, rękawiczki i okulary przeciwsłoneczne; oraz zabrać: GPSa lub przynajmniej kompas, komórkę, radio, gwizdek, piłę, ze 20 m linki, mapę, coś do picia no i rzecz najważniejszą- aparat fotograficzny :). Co do mapy, to może być samochodowa byle miała zaznaczone wszystkie wsie i drogi lokalne. Będziemy się nią posługiwali w... drodze powrotnej.
Tak przygotowani czaimy się na warun. Istnieją na to dwie metody: jedna prosta i stosunkowo tania, druga ambitna. Ta pierwsza polega na zabraniu się na wyjazd w Alpy z doświadczonym instruktorem. Tam uczymy się centrowania kominów, a jeśli coś nam nie wychodzi i komin gubimy, to pod ręką mamy zaraz następny. Jedynym naszym zmartwieniem będzie jak w końcu wylądować. Ponieważ instruktorzy biorą za to pieniądze, to niech sami tłumaczą jak latać w tak okropnych warunkach. Ja się skupię na wariancie dla ambitnych i bogatych. W końcu już przed wojną mawiano:, „kogo nie stać na Krynicę ten wybiera zagranicę”.
W kraju obowiązują inne zasady. Latanie jest sztuka znajdowania kominów i maksymalnego ich wykorzystania, a nie tylko wykorzystania najlepszego kawałka i porzucenia. Żebranie też przestanie nam się kojarzyć z nocką na dworcu i rumuńskimi cyganami.
Ponieważ jest to poradnik dla początkujących, to zakładam że mamy do dyspozycji skrzydełko klasy DHV 1-2. O ile w krążeniu nie różni się ono zbytnio parametrami od tych bardziej rasowych, o tyle podczas przeskoku jest znacznie gorzej, na speedzie fatalnie, a pod wiatr to pełna katastrofa. Wychodzi nam wiec, że najrozsądniej zrobić przelot otwarty z wiatrem, podczas słabej termiki. Dlaczego słabej? Bo jak są słabe noszenia, to i słabe duszenia. Gdy duszenia są ostre, to zwiewamy z nich na pełnym speedzie, a wtedy nasze skrzydło gwałtownie opada. Nie bez znaczenia jest fakt, że w łagodnej termice dużo mniej torbi, a my i tak będziemy wystarczająco zestresowani, bo po raz pierwszy samotni. A jak nawet załapiemy się do jakiegoś peletonu, to i tak na pierwszym przeskoku koledzy wduszą gaz i tyle będziemy ich widzieli. W końcu po coś produkują te ostrzejsze skrzydła.
Ponieważ takie słabe noszonka mizernie ciągną blisko ziemi, to wybieramy start za wyciągarką. W polskich górach są może ze 4 startowiska na kierunek południowy, z których można się załapać bezproblemowo na termikę. Niestety, wszystkie są stosunkowo niskie, wiec w słabych warunkach się nie zabierzemy.
Na razie omówię start z wyciągarki, bo to prościej. Czekamy na pogodny dzionek, byle nie zaraz po przejściu frontu chłodnego, lecz parę dni później, kiedy wiatr już osłabnie, a powietrze się ogrzeje. Nie pakujemy się też do centrum wyżu, bo wtedy prawie nie wieje, a termika jest bezchmurna.
Jak dojdziemy do wniosku, że już nie zabija, to przyjeżdżamy na lotnisko, kładziemy się wygodnie na plecach i gapimy się w niebo. Obserwujemy budowanie się cumulusów i kierunek ich przesuwania względem kierunku dolnego wiatru. Próbujemy określić, która cześć chmury nosi. Najczęściej dolna jej cześć w tym miejscu powoli wiruje. Bardzo powoli, wiec się skupiamy. Mierzymy czas życia cumulusa i patrzymy, jak wysoko się wypiętrza. Im wyższy Cu, tym dłużej ciągnie pod sobą komin. Poszarpany kształt świadczy o turbulencji. Najlepsze są takie, podobne do dużej porcji lodów waniliowych :). Jeśli jest parno a w TV zapowiadali burze to lepiej przełożyć zabawę na kiedy indziej, a przynajmniej nie szwendać się popołudniem pod podstawami. W dalszej kolejności staramy się dociec, które miejsce najbliżej zawietrznej lotniska generuje Cu i gdzie wykręcają się koledzy. Następnie zostawiamy kluczyki w stacyjce, a naszej towarzyszce dajemy mapę, pokazując jej, w która stronę wieje wiatr. Inaczej niechybnie pojedzie na północ (z przyczyn dla mnie tajemniczych kobiety niechętnie jadą w dół mapy).
Odpalamy z wyciągarki i po wyczepieniu od razu smarujemy w upatrzone miejsce gapiąc się w vario. Nie czekamy na pikanie, bo opadanie mniejsze niż 1 m/s JEST NOSZENIEM. A noszenia lubią robić się coraz mocniejsze. Kierując się na większe wskazania varia wlatujemy w przynajmniej zerka i zaczynamy rzeźbić. Nie ma lekko, musimy się tak pomęczyć aż do wysokości gdzie komin staje się kominem.
Jeśli upieramy się, żeby wystartować w górach, to mamy do dyspozycji 2 metody: z wyczekania na żaglu oraz onsight, czyli w luźnym tłumaczeniu: „od strzału”.
W naszym przypadku pierwsza metoda nie jest wskazana, ponieważ jak jest żagiel, to dość mocno fuka, wiec kominy układają się od razu na zawietrzną. A my nie mamy jeszcze pewności, że gdy zgubimy noszenie, to damy radę wrócić na nawietrzną, lecąc pod wiatr.
Tak na marginesie, w słoneczny dzień na żaglowej górce, wszyscy pracowicie marnują kominy przechodząc przez nie na wprost i cieszą się z chwilowego wzrostu noszeń na „żaglu”. Ponieważ za kominem jest duszenie to po chwili wszystko wraca do normy. Jednak wystarczy zmienić nazwę tego zjawiska i okazuje się, że przeważnie da się go dokręcić.
Pozostaje nam jeszcze druga możliwość, czyli wyczekiwanie na startowisku. Jeśli widzimy idący od dołu podmuch objawiający się mocnym uginaniem się gałęzi, pod wpływem silnego wiatru i jednocześnie fala tego podmuchu przesuwa się nienaturalnie powoli, to świadczy to o tym, że cały impet idzie w górę. Czyli widzimy składową poziomą działania komina. Nad woda nazywa się to szkwałem.
Ten podmuch idzie ZA kominem, więc musimy wystartować gdy jest jeszcze przynajmniej 100-200 m przed nami. Góra musi ponadto być wystarczająco stroma, żebyśmy mogli od razu kręcić. To że musi być na południe jest zrozumiale samo przez się.
Idealny pod tym względem jest słowacki Stranik. Wprawdzie nie znajduje się przesadnie w Polsce, ale nigdy nie twierdziłem, że polskie góry nadają się do latania.
Do narciarstwa też się specjalnie nie nadają, choć są narciarze którzy twierdzą inaczej. Również o lataniu.
W każdym razie Stranik jest blisko. Największym naszym problemem będzie to, że chcemy wyczekać na komin, a przed nami rozłożył się gość, który czeka na podmuch. Widać nauczyli go, że w lataniu chodzi o elegancki start alpejka i heroiczny zlot.
Zgodnie ze swoja logika przeczeka idealny moment startu, żeby móc bez przeszkód wstrzelić się w duszenie. Nic nie da zachęta werbalna, a za „wuja” śmiertelnie się obrazi. Nie ma innego sposobu jak cierpliwe tłumaczenie delikwentowi, o co chodzi. Ja postanowiłem robić to hurtem – stąd ten poradnik.
Jeśli udało nam się jakoś wystartować w komin, to zakładamy pierwsza zwitkę, pilnie bacząc, czy na starcie jakiś „orzeł” właśnie nie odrywa się od ziemi. Teoretycznie nie powinien, ale ja bym nie miał złudzeń. Jeżeli wystartuje, to będziemy musieli nasz ciężko wyczekany komin zostawić, żeby uniknąć zderzenia. Oczywiście nasz prześladowca też z niego nie skorzysta. Dlatego twierdzę, że wyciągarka jest lepsza. Jeśli jednak przeżyliśmy tą pierwsza zwitkę, to dalej już idzie gładko.
Przesuwamy się powoli, coraz wyżej na zawietrzna. Spokojnie, nie ma czego się bać. Zawietrzna oznacza w tym wypadku nie strefę rotorów (ta rozciąga się poniżej szczytu), lecz tą stronę góry, w która akurat nie wieje wiatr. Jeśli wypadniemy z noszenia na niedużej wysokości, to grzecznie wracamy na nawietrzną (czasami z pomocą speeda).
Jeśli wiatr wieje, to kręcąc komin robimy już pierwsze kilometry. A to dlatego, że gdy wieje 5 m/s, a my zrobiliśmy 1000 m wysokości, wznosząc się przeciętnie 1 m/s, to komin zaniósł nas 5 km, a jak z tysiąca metrów dajemy z wiatrem przy opadaniu 2 m/s, to mamy następne 7,5 km. Razem 12,5 km. To już coś. Jeśli znajdziemy po drodze jeszcze choć jeden komin, to robi nam się jakieś 20 km. To już nie będzie wyglądać źle w książce lotów.
Krążenie kończymy przeważnie z jednego z następujących powodów:
-dolecieliśmy do podstawy
-zgubiliśmy noszenie i nie możemy go znaleźć, a szukamy w silnym duszeniu
-wypadliśmy dołem komina, czyli „ktoś wyłączył prąd”
-mamy go dość, bo to jakiś smęt, a obok ktoś kreci coś lepszego
-zmarzliśmy
-zaczęło padać
-dolecieliśmy do uskoku wiatru, lub inwersji i nie potrafimy się przebić, bo ciągle nas wypluwa.
- po raz pierwszy jesteśmy tak wysoko i nasza podświadomość gwałtownie protestuje, podsuwając ze 100 owodów zakończenia zabawy, wszystkie wykrętne.
Ponieważ jest nam wszystko jedno gdzie będziemy szukać następnego komina radzę lecieć z wiatrem. Kierunek wiatru ustalamy patrząc na przesuwanie się cieni chmur na ziemi. Wiemy, że dookoła noszenia jest zawsze duszenie, wiec wciskamy speeda. Przed lotem radzę tak ustawić vario, żeby buczało przy opadaniu 3 m/s, bo wtedy na naszym glajcie, bez wiatru, opłaca się używać speeda. Z silnym wiatrem w plecy będzie to wartość 4 m/s, a pod wiatr nawet przy zupełnie małym opadaniu. W przypadku, gdy stoimy w miejscu zawsze się opłaca wcisnąć, bo tak czy inaczej opadamy w pionie.
Kiedy już lecimy na speedzie pojawia się pytanie, kiedy go puścić? Pamiętajmy, że teraz mamy opadanie o 1,5-2 m/s większe, wiec musimy tyle odjąć, żeby uzyskać wartość opadania na trymowej. Jak go puścimy, to zrobimy mała „hopkę” i vario na moment zapika, lecz lekceważymy to wyniośle. Wlecenie w komin na speedzie jest niegroźne i przyjemniejsze niż bez niego, za to wylecenie może zakończyć się fronsztalem. Jeśli lecimy z kolegą, to nie kierujemy się dokładnie jego śladem, lecz jakieś 100-200 m obok. Jeśli on znajdzie noszenie, to wtedy bez problemu dołączymy do niego i na odwrót.
Noszeń szukamy pod chmurami, pamiętając, że komin pochyla się z wiatrem. Ogólna zasada jest taka, że przez całą drogę staramy się trzymać w górnej połowie wysokości podstawy - lecimy wtedy po chmurach. Jeśli opadniemy niżej, to gapimy się na ziemie wyszukując kontrastów terenowych. Kominy najchętniej urywają się na krawędzi lasu, wody, na szosach, wzniesieniach, zabudowaniach i szpalerach drzew. Pamiętajmy, że komin żyje kilka do kilkunastu minut, a potem jest chwila przerwy. Najlepiej ciągną chmurki dopiero się tworzące, czyli jak wypatrzymy pojawiający się klaczek, to walimy pod niego jak w dym . Omijamy obszary zacienione. Jest to dość kłopotliwe przy wietrze S i SE, bo wychodząc spod chmury lecimy w stronę jej cienia, musimy wiec wtedy lekko zboczyć z kursu.
Dosyć często udaje się wypatrzeć krążące ptaki. Te największe latają na naprawdę duże wysokości. Nasza obecność przyjmują życzliwie, wiec można śmiało podlecieć do krążącego boćka, orła czy kruka. Kruk jest często mylony z gawronem, bo to też czarne ptaszysko. Gawrony są bardziej pospolite i nie dorównują wielkością krukowi. Uwaga niby nie na temat, ale profesurę wypadałoby znać.
Jeśli złapaliśmy drugi komin, to wiemy że zrobimy prawdziwy przelot. Najlepiej złapać ten drugi komin wysoko, unikając zejścia poniżej 500 m, ale jak się nie da to wyszukujemy kawałek sympatycznej łąki na lądowisko i nadlatujemy nad nią pod wiatr. Jeśli łąka pracuje tworząc jakąś termikę, to od zawietrznej mamy szansę na niej porzeźbić. Nieraz w taki sposób wybroniłem się nawet z małej wysokości. Musimy tylko uważać, żeby cały czas mieć lądowisko w zasięgu dolotu.